środa, 22 maja 2013

Rozdział 1



Pierwszy tydzień wakacji dopiero się rozpoczął, a ja już mam masę spotkań. Świeci słońce jest ciepło, jak na lato przystało. Idę znaną mi dobrze droga na miasto spotkać się z menadżerem Kliniki Psychologicznej w Warszawie.
W ostatnich tygodniach szkoły, czekałam na powrotny autobus do domu i akurat rozmawiałam z kolega na temat przyszłości itp. Powiedziałam mu że po skończeniu liceum chciałabym iść na studia psychologiczne, w tedy rozmowa zeszła na temat osób nie uczących się, mających problemy z koncentracją. Po zakończonej rozmowie podszedł do mnie mężczyzna, który stał ze mną na przystanku i zapytał mnie czy nie zechciałabym spotkać się z nim w sprawie pracy. Zgodziłam się, i tak szukałam pracy na te wakacje, dał mi swoją wizytówkę i powiedział żebym do niego zadzwoniła i umówiła się na spotkanie. Zadzwoniłam następnego dnia i się umówiliśmy.
Dochodziłam już do Grando Cafe, w którym mieliśmy się spotkać, menadżer już tam na mnie czekał.
-Dzień dobry, panu – przywitałam się.
- Dzień dobry – odpowiedział z uśmiechem – proszę usiąść.
- Dziękuję.
- Napiję się pani czegoś?
- Chętnie, poproszę wodę.
- Pozwoli pani, że przejdę od razu do rzeczy? – zapytał.
- Oczywiście, ale proszę mówić mi po imieniu.
- No dobrze, a więc Basiu, czy pracowałaś już z ludźmi, którzy potrzebują pomocy psychologa?
- Nie, szczerze mówiąc to by była moja pierwsza praca. Do tych czas pomagałam tylko swoim kolegom i koleżankom ze szkoły. Ale to były sprawy, że tak powiem, sercowe. Była tylko jedna taka sytuacja kiedy pomogłam przyjacielowi po śmierci dziadka.
- Jak bez żadnych kwalifikacji, nauki świetnie sobie radzisz. A co na to twoi rodzice?
- Kiedy się dowiedzieli, mieli pewne zastrzeżenia, ale powiedziałam im, że bardzo bym chciała pomagać innym. Od zawsze tak było. Mam po prostu wielką chęć niesienia pomocy choćby tej najmniejszej. Lubię to robić.
- O i to mi się podoba. Trzeba lubić to co się robi, bo tak to praca nie ma sensu.
- Dokładnie – powiedziałam z uśmiechem.
- No dobrze. Czyli chciałabyś pracować w naszej klinice?
- Jeśli jest taka możliwość, to bardzo chętnie.
- Mam jeszcze jedno pytanie. Jak radzisz sobie z dziećmi?
- Lubię się z nimi bawić i tak dalej. Myślę, że umiem się z nimi porozumieć, wytłumaczyć im pewne rzeczy.
- To wspaniale. Może do nas przyjedziesz na początku sierpnia.
- Pewnie, z wielką przyjemnością.
- Będę się już żegnał, muszę wracać do kliniki. Do zobaczenia Basiu.
- Do zobaczenia panie Krzysztofie.
Po spotkaniu z Krzysztofem umówiłam się z Kacprem. Byliśmy razem od trzech miesięcy, spotykaliśmy się niemal codziennie.  Kacper jest wysokim brunetem z brązowymi oczami. Byłam w nim bardzo zauroczona. Zawsze się o mnie troszczył, pocieszał gdy było mi smutno i bardzo mi pomagał.
Po drodze spotkałam Krzysia – znajomego z boiska. Porozmawialiśmy chwilę i każde z nas poszło w swoją stronę
Miałam jeszcze trochę czasu do spotkania z Kacprem, spacerowałam po parku, patrzyłam na bawiące się dzieci na placu zabaw. Kierowałam się w najdalszy zakątek ogrodu. Nagle przykuło coś – a raczej ktoś – moją uwagę. Na ławce siedział Kacper z jakąś dziewczyną. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby się nie całowali, nie przytulali. Stanęłam jak słup soli. Stałam tam i się patrzyłam, nie próbowałam się ukryć, byli tak zajęci sobą, że nawet mnie nie zauważyli. Nie będąc do końca świadoma tego co robię, wzięłam telefon i zadzwoniłam do niego.
- Tak słucham – powiedział.
- Cześć kotku – z zadziwiającą łatwością utrzymywałam opanowanie tak aby głos mi się nie załamał. – Przepraszam, ale nie będę mogła się dziś z tobą spotkać.
-Stało się coś?
- Nie, po prostu muszę jechać do Warszawy, sprawy rodzinne.
- Rozumiem, a jutro będziesz miała czas?
- Nie niestety. Muszę zostać tam na parę dni.
- No dobrze, szkoda.
- Muszę już kończyć, papa – powiedziałam i rozłączyłam się.
Patrzyłam jeszcze chwilę na nich. Zachowywał się tak jakby miał tylko ją. Odwróciłam się i ruszyłam w stronę domu. Byłam jak w transie. Jak długo to trwa?  Czemu nic nie podejrzewałam? To był dla mnie szok. Doszłam już do przejścia dla pieszych, gdy zapaliło się zielone światło weszłam na jezdnię.
Później był już tylko ból , krzyki i ciemność.

9 komentarzy:

Basiula415 pisze...

Oj Kamil Kamil

Piteropakero pisze...

"Po zakończonej rozmowie podszedł do mnie mężczyzna, który stał ze mną na przystanku i zapytał mnie czy nie zechciałabym spotkać się z nim w sprawie pracy. Zgodziłam się" okej....

Anonimowy pisze...

Zajebiste opowiadanie, bardzo mi się podoba, jest jak z życia wzięte, cudowne oby tak dalej. Czekam na następne rozdziały.

Basiula415 pisze...

czytanie ze zrozumieniem i miedzy wierszami się kłania

Anonimowy pisze...

Popieram kamila

Ania Jutrzenka pisze...

To jest naprawde bardzo dobre :) chętnie przeczytam nastepny rozdział :)

Anonimowy pisze...

Genialne Basiu czekam na resztę opowiadania. Świetnie piszesz......Ola a :* <3

Anonimowy pisze...

A mogę wiedzieć imię twoje ?? Anonimku :)

Death Horizoner pisze...

O boże to jest super !!! Przy tobie to czyje że nie mam talentu :(