Pierwszy
tydzień wakacji dopiero się rozpoczął, a ja już mam masę spotkań. Świeci słońce
jest ciepło, jak na lato przystało. Idę znaną mi dobrze droga na miasto spotkać
się z menadżerem Kliniki Psychologicznej w Warszawie.
W ostatnich
tygodniach szkoły, czekałam na powrotny autobus do domu i akurat rozmawiałam z
kolega na temat przyszłości itp. Powiedziałam mu że po skończeniu liceum
chciałabym iść na studia psychologiczne, w tedy rozmowa zeszła na temat osób
nie uczących się, mających problemy z koncentracją. Po zakończonej rozmowie
podszedł do mnie mężczyzna, który stał ze mną na przystanku i zapytał mnie czy
nie zechciałabym spotkać się z nim w sprawie pracy. Zgodziłam się, i tak
szukałam pracy na te wakacje, dał mi swoją wizytówkę i powiedział żebym do
niego zadzwoniła i umówiła się na spotkanie. Zadzwoniłam następnego dnia i się
umówiliśmy.
Dochodziłam
już do Grando Cafe, w którym mieliśmy się spotkać, menadżer już tam na mnie
czekał.
-Dzień
dobry, panu – przywitałam się.
- Dzień
dobry – odpowiedział z uśmiechem – proszę usiąść.
- Dziękuję.
- Napiję się
pani czegoś?
- Chętnie,
poproszę wodę.
- Pozwoli
pani, że przejdę od razu do rzeczy? – zapytał.
-
Oczywiście, ale proszę mówić mi po imieniu.
- No dobrze,
a więc Basiu, czy pracowałaś już z ludźmi, którzy potrzebują pomocy psychologa?
- Nie,
szczerze mówiąc to by była moja pierwsza praca. Do tych czas pomagałam tylko
swoim kolegom i koleżankom ze szkoły. Ale to były sprawy, że tak powiem,
sercowe. Była tylko jedna taka sytuacja kiedy pomogłam przyjacielowi po śmierci
dziadka.
- Jak bez
żadnych kwalifikacji, nauki świetnie sobie radzisz. A co na to twoi rodzice?
- Kiedy się
dowiedzieli, mieli pewne zastrzeżenia, ale powiedziałam im, że bardzo bym
chciała pomagać innym. Od zawsze tak było. Mam po prostu wielką chęć niesienia
pomocy choćby tej najmniejszej. Lubię to robić.
- O i to mi
się podoba. Trzeba lubić to co się robi, bo tak to praca nie ma sensu.
- Dokładnie
– powiedziałam z uśmiechem.
- No dobrze.
Czyli chciałabyś pracować w naszej klinice?
- Jeśli jest
taka możliwość, to bardzo chętnie.
- Mam
jeszcze jedno pytanie. Jak radzisz sobie z dziećmi?
- Lubię się
z nimi bawić i tak dalej. Myślę, że umiem się z nimi porozumieć, wytłumaczyć im
pewne rzeczy.
- To wspaniale.
Może do nas przyjedziesz na początku sierpnia.
- Pewnie, z
wielką przyjemnością.
- Będę się
już żegnał, muszę wracać do kliniki. Do zobaczenia Basiu.
- Do
zobaczenia panie Krzysztofie.
Po spotkaniu
z Krzysztofem umówiłam się z Kacprem. Byliśmy razem od trzech miesięcy,
spotykaliśmy się niemal codziennie.
Kacper jest wysokim brunetem z brązowymi oczami. Byłam w nim bardzo
zauroczona. Zawsze się o mnie troszczył, pocieszał gdy było mi smutno i bardzo
mi pomagał.
Po drodze
spotkałam Krzysia – znajomego z boiska. Porozmawialiśmy chwilę i każde z nas
poszło w swoją stronę
Miałam
jeszcze trochę czasu do spotkania z Kacprem, spacerowałam po parku, patrzyłam
na bawiące się dzieci na placu zabaw. Kierowałam się w najdalszy zakątek
ogrodu. Nagle przykuło coś – a raczej ktoś – moją uwagę. Na ławce siedział
Kacper z jakąś dziewczyną. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby się nie
całowali, nie przytulali. Stanęłam jak słup soli. Stałam tam i się patrzyłam,
nie próbowałam się ukryć, byli tak zajęci sobą, że nawet mnie nie zauważyli.
Nie będąc do końca świadoma tego co robię, wzięłam telefon i zadzwoniłam do
niego.
- Tak
słucham – powiedział.
- Cześć
kotku – z zadziwiającą łatwością utrzymywałam opanowanie tak aby głos mi się
nie załamał. – Przepraszam, ale nie będę mogła się dziś z tobą spotkać.
-Stało
się coś?
- Nie, po
prostu muszę jechać do Warszawy, sprawy rodzinne.
- Rozumiem,
a jutro będziesz miała czas?
- Nie
niestety. Muszę zostać tam na parę dni.
- No
dobrze, szkoda.
- Muszę już
kończyć, papa – powiedziałam i rozłączyłam się.
Patrzyłam
jeszcze chwilę na nich. Zachowywał się tak jakby miał tylko ją. Odwróciłam się
i ruszyłam w stronę domu. Byłam jak w transie. Jak długo to trwa? Czemu nic nie podejrzewałam? To był dla mnie
szok. Doszłam już do przejścia dla pieszych, gdy zapaliło się zielone światło
weszłam na jezdnię.
Później był już tylko ból , krzyki i ciemność.